DZIEŃ VII: VILA NOVA DE CERVEIRA - TUI
Dzień siódmy rozpoczął się mało obiecująco. Kolejna źle przespana noc, tym razem z powodu duchoty, hałasujących ludzi z ośrodka, krzyczących dzieci i walki J by nie spaść z piętrowego łóżka bez barierek. Wszelkie niedogodności nocne udało się zrekompensować obfitym i luksusowym śniadaniem, które było zawarte w cenie noclegu. Poranne ucztowanie i picie kawy, a potem drugiej i trzeciej przeciągnęło się aż do 9:40. B i J wiedzieli jednak, że tego dnia mają przekroczyć granicę portugalsko-hiszpańską. I chociaż J była bardzo smutna z powodu czekającego ją pożegnania z Portugalią, ekscytacja B, który jeszcze nigdy w Hiszpanii nie był, napędzała do działania.
Początek trasy nie był zbyt atrakcyjny. Po wyjściu z miasteczka na piechurów czekała mocno industrialna część tego regionu, przechodząca w wiejskie tereny, gdzie prym wiodły szalone kury, koguty, kudłate baranki, kózki, przegięte w pół staruszki i ciekawskie dzieciaki. Mimo wszystko, tempo marszu było bardzo dobre. Przed południem udało się zjeść tradycyjny lunch składający się z bułki z żółtym serem i soczystych pomarańczy. A wszystko to w otoczeniu sakralnych murów, przy dźwiękach dzwonów i religijnych pieśni jakie dochodziły zza ścian kościoła. Poderwały się wtedy czarne ptaki do lotu i serca pielgrzymów podskoczyły z radości i było wiadomo, że trzeba iść dalej!
Druga część trasy prowadziła wzdłuż Rio Minho, czyli najdłuższej rzeki w regionie Galicia, która przebiega częściowo przez granicę z Portugalią. Z wiejskich terenów wchodziło się w gęste zarośla i ostre trawy kujące w gołe łydki. Trasa średnio przyjazna, powietrze coraz bardziej gęste i duszne, tylko co jakiś czas kropiło z nieba dla pokrzepienia gorących buzi i nie mniej gorących serc. Jednakże, entuzjazm i podekscytowanie nie opuszczały. W oka mgnieniu udało się dotrzeć do ostatniego portugalskiego miasta - Valença. Wkraczając do miasta widać tylko szare drogi z samochodami, bloki i duże sklepy spożywcze. Wystarczy jednak wspiąć się na niewielkie wzniesienie by przenieść się w zupełnie inny, bo duchem średniowieczny świat. Monumentalna forteca zaprasza turystów, którzy tłumnie odwiedzają jej bogate wnętrze. Nie brak w nim nawet ręczników z podobizną Cristiano Ronaldo, które dumnie wiszą na tle kamiennych budowli. Oba języki iberyjskie mieszają się tutaj, tworząc ciekawą dla ucha mozaikę dźwiękową. Pomimo urokliwości, jaką to miejsce z pewnością posiada, B i J uciekają szybko od tłumów ludzi, łapią ostatnią pieczątkę po stronie portugalskiej, obejmują wzrokiem to co pozostało za nimi, robią sobie pamiątkowe zdjęcie, ronią ostatnią łezkę saudade i dumnie wkraczają na most, dzielący jedno państwo od drugiego. ¡Bienvenidos a España!
Z portugalskiego miasteczka tętniącego życiem, B i J wkroczyli do miasta duchów. Niedziela, godzina 14:00 czasu portugalskiego, a więc siesta, którą w Hiszpanii obchodzi się z jeszcze większą restrykcją niż w Portugalii. Wszystkie sklepy pozamykane, na ulicach brak żywej duszy, a dotarcie do albergue wcale nie okazało się takie proste. Na szlaku zrobiło się tłoczno, inni pielgrzymi zaczęli ostrzegać o możliwości braku wolnych łóżek. Trzeba było wykrzesać z siebie ostatki sił i pomimo głodnych brzuchów i zamkniętych sklepów, dotrzeć jak najszybciej do schroniska, które w mig się zapełniło po brzegi. Warunki albergue w Tui nie były najlepsze (szczególnie po nocy spędzonej w hostelu): bardzo liczne pokoje, otwarte prysznice i co najgorsze - nie działająca kuchenka. Tutaj nadszedł czas na anegdotkę życia, którą J z rozbawieniem wspomina po dziś dzień. Głód doskwierał, sklepy zamknięte, a restauracje otwierano dopiero po 19. Przygotowani na czarną godzinę pielgrzymi sięgnęli więc po ostatnie chińskie zupki przywiezione z Polski. Trzeba zaznaczyć, że na półwyspie iberyjskim nie ma zwyczaju takowych spożywać. Do pełni szczęścia brakowało tylko wrzątku, ale co robić gdy kuchenka (uwaga: indukcyjna!) nie chce współpracować. J idzie więc do pani z recepcji i wyjaśnia dramatyczną sytuację. Pani myśli chyba, że problem tkwi w obsłudze kuchenki i skwapliwie wyjaśnia co z nią robić. W końcu udaje się sama na oględziny i zdziwiona potwierdza, że kuchenka (o dziwo!) nie chce chodzić. Pyta jednak czy może jakoś pomoc i do czego woda ma się nadać. J wyjaśnia, że to wszystko dla tej zupki. I tu następuje kulminacja: pani z recepcji bierze J za rękę, prowadzi do vipowskiej łazienki, odkręca do maksimum wodę w prysznicu i uroczystym tonem ogłasza: muy caliente! (hiszp: bardzo gorąca). Tadaaaam! J nie miała jednak serca by odmówić takiego daru. Wzięła więc gorącej wody z prysznica do kubeczka i zaniosła ją do tej dziwnej polowej kuchni z niedziałającą kuchenką indukcyjną. W rezultacie B się załamał do reszty, miał też pierwsze myśli mordercze względem ludzkości, a woda i tak musiała wylądować w zlewie.
Niefortunne przygody tego dnia wynagrodziła długo wyczekiwana kolacja, którą udało się w końcu spożyć koło godziny 20:00. Do polskich pielgrzymów doszła Lio, która nie znalazła już wolnego łóżka w schronisku i musiała tę noc spędzić w hostelu (akurat prywatnych hosteli na trasie jest pod dostatkiem!). Cała trójka przysiadła się do wolnego stolika przed niewielką restauracją i czekała aż wrócą jej właściciele po odbytej sieście, (która oczywiście się sporo przedłużyła). Udało się jednak zjeść pyszne empanadas i sałatkę oraz napić się dobrego wina. Po kolacji wszyscy udali się na krótki spacer po klimatycznym miasteczku Tui, z którego doskonale widać okoliczne miasta i rzekę. Dzień pełen wyjątkowo skrajnych wrażeń i emocji zakończyło wspólne rozwiązywanie krzyżówek w sala de estar i iście kamienny sen wśród innych niestrudzonych piechurów i chrapaczy :)DYSTANS: ok 20 km
WYDATKI: 12 euro (nocleg) + 7 euro (jedzenie) + 17 euro (kolacja)

Comments
Post a Comment