DZIEŃ VIII: TUI - PORRIÑO
Nikt by nie chciał zabrzmieć tutaj monotematycznie, ale dzień VIII to dla B i J kulminacja negatywnych emocji. Określenie "wstać lewą nogą" to zbyt mało by opisać poranne nastroje. Lepiej użyć tytułu pewnej polskiej piosenki "Razem, a jednak osobno", chociaż ich było troje, nie dwoje. Tego dnia, równo o godzinie 8:00, poirytowana J rusza jako pierwsza, wyprzedzając swojego towarzysza o dobrych kilka minut. W rytm bijącego dzwonu kościelnego i nie mniej bijącego od zniecierpliwienia serca. Chce coś udowodnić. Nie wiadomo tylko co, i komu. Idzie mężnie i żwawo, próbując rozkoszować się widokami malowniczego miasteczka. Hart ducha i determinacja towarzysząca tej samotnej wędrówce kończy się jednak wraz z ostatnim mijanym domkiem Tui. Dużo łatwiej kozaczyć gdy się idzie wśród zabudowy, mijając co chwilę ludzi i cywilizowane zwierzęta. Pierwsze wątpliwości pojawiają się wraz z perspektywą przemierzania dzikich terenów bez pewności, że będzie ktoś obok. Nie ma bata, trzeba zażegnać wszelkie spory i iść dalej. Przecież to właśnie w tym wszystkim jest najcenniejsze. Iść razem, nie osobno. J wyciąga telefon, możliwe, że po raz pierwszy od początku Camino ma zamiar zadzwonić, do kogoś, kto jest zaledwie kilkanaście metrów dalej, nie mniej oczekującego na zakończenie tego bezsensownego sporu. Udaje się. Bez krzyków, lamentów i latających talerzy, za to z obustronnym mocnym postanowieniem poprawy.
Po wyjściu z miejscowości Tui kończy się jakakolwiek samotność - to własnie na tym odcinku dołączają nowi pielgrzymi (głównie Hiszpanie), którzy z niewiadomych względów decydują się przejść najkrótszy z oficjalnych wariantów Camino (Tui - Santiago). Na szlaku robi się bardzo tłoczno, a zapał nieco opada gdy co rusz mija się osoby idące z małymi plecaczkami lub nawet bez żadnego bagażu (konsekwencje mocno rozwiniętej turystyki przewozu bagażu, którą ciężko zrozumieć). Tego dnia J wyrzuca z plecaka koszulkę z długim rękawem i ciepłe legginsy. Rozstania są trudne, ale świadomość pozbycia się choćby kilku gramów bardzo motywuje. Poza tym, im bliżej serca Santiago, tym słońce przypieka coraz mocniej.
Koło godziny 10:00 przychodzi czas na pierwszą kawę. Ludzi coraz więcej, a więc miejsc gdzie można ją spożyć również. W najdziwniejszych i najmniej oczekiwanych momentach wyłaniają się więc takie pseudo kawiarenki, gdzie lokalna ludność sprzedaje kanapki lub ciepłe napoje. Miejsce tak naprawdę nie ma znaczenia. Może to być kawałek chodnika przy trasie lub prywatny ogródek, po którym biegają beztrosko kurki i koguciki. Suma summarum, jest to bardzo urocze, czyż nie? Po małym zastrzyku kofeiny, tempo marszu wzrasta o dwieście procent. Dokuczają tylko zakwasy w nogach, przypiekające słońce i mało znośny B, który tego dnia zyskał przydomek Purtomollo el Pulpo. Etymologii tego przezwiska, zdradzić jednak nie można.
W chwilach największego kryzysu, J wdaje się w mniej lub bardziej ciekawe rozmowy z mijanymi osobami. I tak oto poznaje młodego Hiszpana, lat siedemnaście, który idąc z własną matką pozostawia ją dobrych naście kilometrów za sobą, pokazując tym samym, że może iść dużo szybciej i lepiej. Niesie on ze sobą dziwną flagę, tłumacząc, że ma to związek z jakąś japońską grą. J poddaje się jednak w kwestii zrozumienia po co. Natłok nowych ludzi i pierwsze kolejki pod schroniskiem skutecznie odstraszają od chęci koczowania pod nim, toteż B i J decydują się zatrzymać tego dnia w hostelu. Dużo drożej, wiadomo, ale gościnność i przytulność tego miejsca mocno zachęca. Dodatkowym atutem jest aranżacja wnętrza, gdzie piętrowe łóżka niczym półki w szafie można oddzielić od reszty świata zasłonami. Po ponad tygodniowym obcowaniu z przeróżnymi osobami, taki mały element prowizorycznej prywatności podczas snu, daje dużo radości. Co więcej, w niemalże prywatnej łazience kończy się przedziwny zakaz na wyrzucanie papieru toaletowego do ubikacji. Jesteśmy w domu! :)
Dzień siódmy to również uczta dla podniebienia. Wytworny dwudaniowy obiad z winem za 8 euro i lokalne winogrona sprawiają, że można poczuć się jak na wakacjach. Być może taki dzień był potrzebny. Z tymi wszystkimi interpersonalnymi niesnaskami, a także luksusami, jakie oferuje Galicja. Tak po prostu, dla zachowania równowagi. Między ich dwojgiem, nie trojgiem. Być może.
DYSTANS: ok 18 km
WYDATKI: 24 euro (nocleg) + 16 euro (obiad) + 10 euro (jedzenie) + 9 euro (apteka) + 3 euro (winogrona :))


Todavía estoy esperando el día IX
ReplyDelete