DZIEŃ VI: Caminha - Vila Nova de Cerveira



Dnia VI doszło do podjęcia istotnej decyzji. Od kilku dni w głowach B i J kumulowały się myśli i wątpliwości: który wariant variante portugues obrać? W miejscowości Caminha bowiem ma się do dyspozycji dwie opcje: kontynuować szlakiem Costal, zbaczając nieco na północy-wschód (blisko wybrzeża, lecz przez okoliczne wsie i miasteczka) lub złapać prom z samego rana, przedostać się nim kilkanaście kilometrów dalej i iść promenadą, jak najbliżej wybrzeża, w gorących promieniach słońca. Bez pomocy promu wariant ten nie byłby możliwy - no chyba, że ktoś ma ochotę przepłynąć ten odcinek żabką, kraulem, pieskiem czy jakąkolwiek inną techniką pływacką. Po głębokich przemyśleniach i biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw, takie jak: atrakcyjność i różnorodność trasy, przypiekające słońce, możliwość kontaktu z innymi ludźmi czy wreszcie niechęć do przerywania piechury na rzecz chwilowego popłynięcia promem (czy to nie oszustwo?), B i J decydują się kontynuować ścieżką Costal. Przechodzenie przez wsie to zawsze dużo więcej możliwości kontaktu z lokalną ludnością, a tym samym obserwowanie z bliska ich codziennego rytmu życia. Namacalna obecność ludzi i ich domowych zwierząt wiąże się z dawką nowych emocji (choć nie zawsze muszą być one pozytywne...). Poza tym, zwiedzanie wąskich uliczek, oglądanie małych domków z kamienia, czy nienachalne zaglądanie w ogródki i gospodarstwa mieszkających na północy Portugalczyków ma w sobie dużo uroku i jakże ważny aspekt poznawczo-estetyczny.



Po trudach i znojach dnia poprzedniego (atak komarów gigantów i nieprzespana noc), B i J decydują się na krótki odcinek. Słońce przypieka coraz bardziej, obolałe ciało daje się we znaki, stąd lekki kryzys i widoczny spadek energetyczny skutecznie spowalniają całą przeprawę. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że najtrudniej przy dniu szóstym/siódmym, bo euforia nowej przygody drastycznie opada, a głowa zaczyna rozumieć, że to co było nowością dla ducha i ciała, stało się jego rutyną i że do końca jeszcze bardzo daleko. Tego dnia B i J idą leniwie z koleżanką Lio, która mocno kuleje ze względu na ból w kolanie. Heroiczny B użycza jej swojego kijoszka (kija trekingowego) i solidarnie organizuje częstsze postoje. Po wyjściu z miejscowości Caminha, widoki są iście wyborne: tu rzeka w dole, tam z wysokości góry, a co krok wyłaniają się potężne i wypasione domki i hotele z kamienia, które nijak się mają do wiejskiego środowiska tego regionu. Wytwarza się dzięki temu niezwykle ciekawy dysonans, gdzie dzikie burki i odważne kury biegają na tle luksusowych posiadłości z żelaznymi bramami i kamerami. Teren jest górzysty, stąd czuć większy ucisk w barkach od plecaków oraz ból w stopach, lecz możliwość porozmawiania ze starszymi ludźmi, którzy nawet nieproszeni chętnie wskazują dalszą drogę lub krzyczą z oddali Bom dia (z pt: dzień dobry) czy też Boa viagem (szerokiej drogi), a także możliwość głaskania opalających się kotków czy poczucia na własnej skórze oddechu obronnych psów zza siatki, wszystko to jest bynajmniej niezwykłym przeżyciem i doświadczeniem.





Już koło czternastej udaje się dotrzeć do najbliższej Pousada de Juventude, czyli czegoś na kształt polskiego hostelu, bo nigdzie w okolicy nie ma publicznego schroniska dla pielgrzymów. Pomimo dość wygórowanej ceny (13,60 euro za osobę), cała ekipa nie narzeka bo dostaje ostatni dostępny w budynku 4-osobowy pokój z łazienką. Dosłownie kilkanaście minut później do tego samego miejsca dociera inna ekipa starszych Niemców, którzy z braku wolnych miejsc muszą iść do kolejnej miejscowości lub zatrzymać się w okolicznym hotelu za dużo większą opłatą, wiadomo. Wszyscy są lekko zdezorientowani tą sytuacją: skąd aż tyle ludzi? Sympatyczna pani na recepcji wyjaśnia, że w miejscowości Vila Nova de Cerveira odbywa się właśnie festiwal bordado (z pt: haftowanie) i że wieczorem w centrum będzie wiele atrakcji. Podekscytowani pielgrzymi robią szybkie zakupy, biorą szybki prysznic, wypijają szybko dwie butelki wina i nie mniej szybkim krokiem docierają na starówkę w celu spożycia pierwszego tego dnia ciepłego posiłku. Oczom ich ukazuje się miasteczko tętniące życiem, gdzie język portugalski miesza się z językiem hiszpańskim, a uśmiechnięte buzie ludzi z uśmiechniętymi buziami wyszydełkowanych, kolorowych kukieł. Można sobie zrobić zdjęcie z Myszką Miki, Panią wiosną i innymi bliżej niezidentyfikowanymi postaciami. Jest też posąg jelenia - symbolu tego miasta (pt: cervo), który dumnie reprezentuje swoją ziemię i swoich mieszkańców. 

    


Znalezienie wolnego stolika okazują się trudną do spełnienia misją. Kiedy w końcu udaje się wcisnąć w tłumy roześmianych przyjezdnych, B i J łapczywie zjadają tradycyjne bitoque (grillowany kawał mięcha ze smażonym jajkiem) i wdają się w niemiłą dyskusję z kelnerem, którą wrażliwa z natury J rozpamiętuje i przeżywa przez cały kolejny dzień i wieczór. A ten nieszczęśliwy incydent przedstawia się następująco: po spożyciu posiłku B, J i koleżanka Lio czekają na rachunek. Czekają bardzo długo, bo nie pięć, nie dziesięć, a pewnie dobre dwadzieścia minut. Po otrzymaniu rachunku rozpoczyna się kolejny proces oczekiwania na podejście kelnera, w celu uiszczenia opłaty. Kiedy nie zjawia się nikt przez kolejne naście minut, J wstaje od stolika i udaje się do kasy w celu zapłacenia tam. W Polsce norma, prawda? Nikt nie ma tego nikomu za złe, szczególnie jeśli klient się spieszy i chce wyjść z restauracji szybciej. Tutaj, ku zaskoczeniu, Pan kelner odsyła do stolika, prosząc żeby poczekać jednak tam, bo zaraz ktoś podejdzie. To "zaraz" przemienia się jednak w kolejny proces oczekiwania. Zniecierpliwienie ekipy sięga zenitu więc tym razem poirytowany B walecznie wstaje i robi podejście numer dwa. Podchodzi do stolika pan kelner i zaczyna się typowa dyskusja, gdzie każdy ma swoją rację i swoje rozumienie pojęcia "chwila", "moment", "zaraz". Nieważne. Ważne było to, ze pan kelner okazał się wyjątkowo niemiły. Dodatkowo trzeba uważać, jak to w całej Portugalii bywa, bo łatwo można zapłacić za rzeczy ze stolika, które bez proszenia podano, a których się nawet nie tknęło (jak np. kawałek chleb czy dwie bułki za 2 euro). Ze smakiem na językach lecz lekkim niesmakiem w sercach, pielgrzymkowa ekipa wraca do pousady, by odpocząć od drogi i negatywnych emocji. Tego dnia czeka ich jeszcze wieczorny spacer po przyozdobionym miasteczku i te fantastyczne atrakcje, o których wspominała pani na recepcji, a których wszyscy są bardzo ciekawi. 



W tak zwanym międzyczasie, do czteroosobowego pokoju dociera kolejny niestrudzony pielgrzym, kolejny Niemiec (a jakże), który z ogromną determinacją gna codziennie po czterdzieści/pięćdziesiąt kilometrów, chcąc udowodnić chyba samemu sobie, że przejście całego wariantu portugalskiego w niecały tydzień jest możliwe. Ciężko stwierdzić czy jest to postawa godna aprobaty, nikt się nad tym długo nie rozwodzi. Dzień szósty to czas na odpoczynek, leczenie gojących się bąbli po komarach, picie wina i zbieranie pogubionych myśli i determinacji na dalszą drogę. Jest to również dzień, w którym B wznosi się na wyżyny jeśli chodzi o szybki kurs nauki portugalskiego, a J dzielnie ćwiczy swoją podstawową znajomość niemieckiego. Buzie czerwone są od słońca i wina, a głowy od nadmiaru wrażeń i emocji. Wieczorne atrakcje, okazują się bardzo nieatrakcyjne. Na niewielkiej scenie odbywa się koncert piosenki w wykonaniu dzieciaków. I chociaż dzieci są urocze i ładnie się prezentują na scenie, śpiewanie nie do końca im wychodzi. Zmęczone głowy nie wytrzymują tego nagromadzenia nierównych dźwięków. Cała ekipa zjada pożegnalne lody (a jakże po raz drugi!) i udaje się na spoczynek w celu zgromadzenia potrzebnych sił na kolejny dzień. Wszak to dopiero połowa drogi! 




DYSTANS: ok 16 km
WYDATKI: 28 euro (nocleg), 15 euro (obiad), 6 euro (jedzenie), 4 euro (lody :))

Comments

Popular Posts