DZIEŃ V: VIANA DO CASTELO - CAMINHA
Relacjonowanie dnia piątego wymaga cofnięcia się do felernej, nieprzespanej nocy dnia poprzedniego, kiedy to B i J zostali zaatakowani przez chmarę nocnych komarów gigantów. Nic, ale to naprawdę nic nie zwiastowało tak wzmożonego ataku. Ilość szła w parze z siłą, wielkością i niezniszczalnością komarów, które nie dawały za wygraną. W momencie największej desperacji, gdy nie pomogło pozamykanie okien ani nakrywanie się śpiworem po same uszy, J podziękowała sobie w duchu za zakupienie i zabranie na caminho papierowych krzyżówek. Była to jedyna dostępna pod ręką broń na komary. I chociaż okazała się mało skuteczna, z braku laku lepszy rydz niż nic, wiadomo. Walka trwała przez wiele godzin. Kiedy tylko udawało się zamknąć oczy, budziło bzyczenie następnego napastnika, lub gwałtowne łupanie dłonią w ścianę, we własną nogę, w brzuch, w twarz... Po tak dramatycznych przejściach, zdesperowani, niewyspani i koszmarnie pogryzieni B i J zwlekli się z łóżek bardzo późno. W ciągu nocy tajemnicze i majestatyczne komnaty klasztorne zdążyły przeistoczyć się w prawdzie pobojowisko: duchota zamkniętego pokoju oraz brudne ściany pokryte czerwono-czarnymi plamami stanowiły namacalny dowód na to, że koszmary przybierają niekiedy postać realną. W rezultacie, schronisko udało się opuścić grubo po 9, a przed zdegradowanymi pielgrzymami czekał jeden z najdłuższych odcinków Caminho Portugues de Santiago.
B został tak brutalnie pogryziony w twarz, że przez kilka dobrych godzin widział tylko na jedno oko. J zaś, od chwili wyjścia z miasta, które pozostawiło po sobie tyle niesmaku, zaczęła łapczywie zachwycać się roztaczającymi się widokami, a trzeba przyznać, że wyjątkowo było czym! Zaraz po opuszczeniu słabo oznakowanego Viana do Castelo, wkracza się w bardzo malownicze, górskie tereny. Co krok z zielonych gęstwin wyłaniały się przeróżne cuda i dziwy: tu uroczy domek, tam łagodny strumyczek. Okoliczne ptaki koncertowały ochoczo umilając wędrówkę i metafizycznie łagodząc swędzące i opuchnięte miejsca na ciele. Na górzystej trasie spotkać można było węże, jaszczurki, żaby i głośno szczekające psy, które skutecznie broniły swoich posesji. W tamten felerny dzień nawet czarny kot przebiegł przez drogę zwiastując złowieszczo, że lekko wcale nie będzie.
Tak też było. O ile pierwsza część trasy rekompensowała bóle i cierpienia pięknem przyrody, o tyle druga część okazała się istnym koszmarem. Ponad dziesięć kilometrów w południowym żarze słonecznym, tuż nad wybrzeżem. I chociaż bliska obecność oceanu dodawała otuchy, monotonna droga, zupełny brak cienia, głód i odciski mocno dawały się we znaki. W końcu udało się znaleźć kawałek muru należącego do opuszczonego budynku, który znajdował się w gęstwinie kłujących i mało zachęcających krzaków. Nie miało to jednak najmniejszego znaczenia. Liczył się każdy milimetr cienia i możliwości uwolnienia się na chwilę od ciężkich plecaków. W takich okolicznościach natury B i J spożyli lekki posiłek i złapali kilka oddechów wytchnienia. Ale to jeszcze nie był koniec wędrówki.
Dojście do kolejnego schroniska w miejscowości Caminha wcale nie było takie proste. Wcześniej z oznakowaniem albergue'ów nie było problemów, tutaj trzeba było użyć GPSa, który niejednego potrafi wpuścić w przysłowiowe maliny. Ponadto, na chodnikach i przydrożnych murkach miksowały się oznaczenia z różnych dróg i wariantów, naprawdę można się było pogubić. Tym bardziej, gdy brzuch pusty a głowa przegrzana od słońca.
Nikt nie pamiętał nawet o której udało się dojść do schroniska. Mogła to być 17, ale równie dobrze i 19. Liczył się fakt dotarcia i wizja odpoczynku i wytchnienia. Nie miały znaczenia nawet warunki noclegu, które okazały się chyba najgorszymi w trakcie całej wyprawy: ponad dwadzieścia osób w niewielkim pokoju, otwarte prysznice z gasnącym co chwilę światłem, a na dobicie ponad kilometr do najbliższego supermercado, a przecież zakupy spożywcze trzeba było robić codziennie... Niezawodnym motywatorem do działania okazał się jednak głód, więc po orzeźwiającym prysznicu i zmianie obuwia na sandały, udało się jeszcze wyjść na miasto. Tutaj miłe zaskoczenie: w niewielkiej miejscowości Caminha, tuż nad rzeką Minho panowała przesympatyczna atmosfera: tego dnia miał miejsce szalony festiwal piwa z niezliczoną ilością lokalnego jedzenia, kolorowych pamiątek i uśmiechniętych Portugalczyków. Tego dnia B i J spożyli na kolację suchą bułkę z chourico i soczystego arbuza, dla którego trzeba było przejść kolejne dwa kilometry.
Wszystko ma jednak swoje plusy i minusy: wymagająca trasa i przeciwności losu zaowocowały zmęczeniem do potęgi entej, co umożliwiło przespanie kolejnej nocy snem kamiennym, niewzruszonym na wszelkie szurania, chrobotania i pochrapywania.
A dla wszystkich wybierających się do Viana do Castelo mała rada, by nie zapomnieć o środku przeciw komarom lub przynajmniej o zabraniu ze sobą krzyżówek...
DYSTANS: ok 28 km
WYDATKI: 10 euro (nocleg) + 5 euro (kolacja) + 4 euro (apteka) + 6 euro (jedzenie)

Comments
Post a Comment