DZIEŃ III: VILA DO CONDE - MARINHAS
Dzięki luksusom dnia poprzedniego, zregenerowani i wypoczęci B i J ruszają w trasę już o 8:30! W głowie świdruje myśl, że to będzie długa i intensywna droga. Do przejścia prawie 30 km, trzeba więc wziąć się w garść, nie zerkać co chwilę na zegarek, nie zastanawiać się ile jeszcze zostało?, nie zadawać głupich pytań, w ogóle przestać myśleć i po prostu iść naprzód. Myślenie bowiem, może doprowadzić do prawdziwych dramatów. Tak było w przypadku J i wspomnianego wcześniej czarnego podkoszulka, który pomimo bycia wciąż sprawnym, musiał trafić do miejscowego kosza. J myślała i myślała i w głowie liczyła te wszystkie gramy, dekagramy, kilogramy. Z każdym kilometrem plecaki zwiększały swoją wagę i objętość, a zjawisko to nie do końca można było wytłumaczyć. Trzeba było podjąć drastyczne środki. Było ciężko, ale może lepiej nie rozkładać już tego na czynniki pierwsze...
Dzień trzeci to był długi i wyczerpujący odcinek. Długość ma jednak to do siebie, że zazwyczaj idzie w parze z urozmaiceniem. Były więc odcinki biegnące drewnianym pomostem tuż nad oceanem. Były nużące spacery gorącą szosą, wędrówki szczerymi polami pełnymi pachnącej cebuli. Było towarzystwo szczekających zza płota wiejskich azorów, odważnych pań w rożnym wieku, jadących na głośnych motorach, czy też koncerty terenowych samochodów marki Mitsubischi, śmigających niebezpiecznie kilka centymetrów obok nosa.
Na tym nieoczywistym odcinku doszło również do dwóch nieoczywistych spotkań. Pierwsze z nich miało miejsce jeszcze na promenadzie. Zmęczeni wędrówką i głodni B i J usiedli na jej skrawku, tak by podczas posiłku mieć widok na ocean. Nadchodzący z daleka staruszek, którego imienia już niestety nikt nie pamięta, zaczął ochoczo machać i uśmiechać się z daleka. Bardzo zainteresował się dwojgiem pielgrzymów na trasie, chętnie zadawał pytania, ale jeszcze chętniej opowiadał o swoim życiu nad oceanem. W jego głosie nie było ani nutki rezygnacji czy rozczarowania. Człowiek ten cieszył się tym co ma, tym gdzie jest, tym co robi. Pokazywał spracowaną dłonią swój domek wyłaniający się tuż za niewielką plażą (takiej lokalizacji można by tylko pozazdrościć...) i udzielał wskazówek na dalszą trasę. Przedstawił też swojego towarzysza - ślicznego pieska, który jak widać na załączonym zdjęciu, nie opuszczał swojego pana ani na krok. I pewnie nie przestałby mówić i gęsto gestykulować, gdyby nie fakt, że B i J w końcu powstali, ładnie się pożegnali, pamiątkowe zdjęcie zrobili i ruszyli dalej w trasę.
Kilka kilometrów dalej, natrafili na bardzo plastyczny obrazek. Na dzikiej plaży, tuż obok pomostu, dwójka Portugalczyków łapczywie zbierała wodorosty. Ich praca, w połączeniu z szumem roztaczającego się zewsząd oceanu była czymś tak interesującym, że natychmiast postanowili uwiecznić to na zdjęciu. Jeden z panów niechętnie spoglądał na nich z oddali, toteż J zdecydowała się zapytać najpierw o pozwolenie. O dziwo prośba ta go bardzo zaskoczyła. Wyjaśnił, że to dobrze, że ktokolwiek pyta, bo zazwyczaj nikt tego nie robi, a wcale mu się nie podoba, że turyści bez ceregieli podglądają go w jego codziennej pracy, że robią sobie z niego widowisko. Na zdjęcie oczywiście się zgodził i chętnie opowiedział o swojej gospodarce i użyteczności zbieranych wodorostów. Po krótkiej i sympatycznej rozmowie B i J ruszyli w dalszą drogę.
Do nieoczywistych spotkań zaliczyć można jeszcze rozmowę z pewną jaszczurką, która chociaż niepocieszona, że ktoś przeszkadza jej w popołudniowym wygrzewaniu się na słońcu, zgodziła się pozostać w bezruchu i profesjonalnie za-pozować B i J do zdjęcia.
Ostatnie kilka kilometrów trasy okazały się prawdziwą zmorą. Zmęczeni, głodni, z coraz bardziej bolącymi odciskami B i J musieli robić przerwy i postoje na łyk wody praktycznie co kilkanaście minut. Do schroniska w Marinhas udało się dojść dopiero koło 17:00. To malownicze nadmorskie miasteczko kryło w sobie sporą ilość angielskich turystów oraz znikomą ilość restauracji lub barów, w których można było coś zjeść. Ponownie trzeba było poczekać z posiłkiem aż do godziny 19:00. Wygłodniali B i J zdecydowali się na (UWAGA) pizzę z krewetkami oraz butelkę wytwornego wina. Tak ekskluzywną, upojną i pseudo pożywną kolację trzeba było spożyć z grupą krzyczących w restauracji Anglików, którzy przeżywali grę swojej drużyny w odbywającym się wówczas mundialu. Butelka wina okazała się jednak niezbędna. Szykowała się ciężka noc w 20-osobowym pokoju pełnym chrapiących jak traktory pielgrzymów. W gratisie, koło północy, wszyscy otrzymali huczne fajerwerki. Wszelkie niedogodności tego noclegu zrekompensowała jednak bardzo przystępna cena, pyszne pomarańcze oraz miłe towarzystwo innych piechurów.
DYSTANS: ok 27 km
WYDATKI: 20 euro kolacja + 10 euro nocleg + 6 euro jedzenie

Comments
Post a Comment