DZIEŃ IV: MARINHAS - VIANA DO CASTELO


Dzień czwarty rozpoczął się wybornie. Pomimo źle przespanej nocy (zmęczenie, chrapanie innych, fajerwerki o północy) B i J wstali z piętrowych łóżek prawą nogą. Zapał i werwa nie opuszczały. Pomogła również poranna pseudo joga - kilka ćwiczeń przed schroniskiem by rozprostować kości, zaczerpnąć świeżego powietrza i przygotować mięśnie do dalszej drogi. Chociaż w momencie przekraczania progu schroniska zegarek wskazywał godzinę 8:06, B i J i tak wyszli z niego przedostatni... Nie miało to jednak dużego znaczenia. Zaczynając caminhadę dobrym tempem i nie zatrzymując się przy każdym barze oznakowanym żółtą strzałką, można bowiem sprawnie dojść do celu (czyli kolejnego schroniska) bez zrywania się z łóżek o 5 rano. Niestety te niezrozumiałe wyścigi miały miejsce aż do samego Santiago, z tendencją wzrostową z każdym przybywającym pielgrzymem i kilometrem. Na szczęście do granicy z Hiszpanią problemów z miejscem w schroniskach nie było. Tak zwany walkobyt o łóżko rozpoczął się na dobre po stronie hiszpańskiej, ale o tych wydarzeniach w swoim czasie.

Początek trasy zaoferował wyjątkowe przeżycia estetyczne: klimatyczne uliczki nadmorskich wiosek, przyjazne uśmiechy mieszkańców, dzikie burki o wesołym głosie, dużo biegających jaszczurek, czy nawet puszyste wiewiórki! Po kilku kilometrach B i J minęli na trasie młodą Niemkę, z którą B miał przyjemność zamienić parę słów dzień wcześniej. Dziewczyna nie znajdowała się w najlepszym stanie: z powodu niezliczonej ilości odcisków nie mogła iść, wręcz kulała. B i J podzielili się zawartością swojej apteczki oraz miłym słowem otuchy, pożyczyli buen camino i licząc, że uda się ją jeszcze minąć na trasie, ruszy dali. (Mały spoiler: dziewczynę udało się spotkać jeszcze nie raz. Zakupiła zupełnie nowe buty w pierwszym napotkanym większym mieście i prawdopodobnie doszła do Santiago bez problemów.

Druga część trasy przebiegała przez górskie tereny, co ma swoje zalety! Na przykład ból związany z odciskami przedniej części stopy przenosi się na pięty, przynosząc tym samym chwilową ulgę palcom :) Poza tym chwilami B i J czuli się jakby chodzili po dżungli! Było również sporo wspinaczki po kamienistych zboczach, na przykład do urokliwego zabytkowego kościoła na wzgórzu, którego wszystkie ściany pokryte były pięknymi azulejos. 


Czasami w takich sakralnych budynkach można było otrzymać wspomniane carimbos, czyli pieczątki niezbędne do uzyskania noclegu w pielgrzymich schroniskach. Przeglądając księgę z wpisami przechodzących przez ten kościół osób, B i J dowiedzieli się o istnieniu innego Polaka, (nazywanego odtąd człowiekiem widmo), który widocznie szedł z nimi łeb w łeb czy może stopa w stopę, ale jakoś nigdy nie udało się z nim spotkać. Było za to sporo Niemców, a w śród nich pewna dziewczyna o imieniu Lio, z którą B i J mocno się zaprzyjaźnili od pierwszego buen camino. Po krótkiej rozmowie i analizie wspomnień okazało się, że początków tej znajomości można było szukać jeszcze dzień wcześniej. Wtedy to nieświadomy B ukradł czy raczej zajął nieznanej mu wówczas Lio schroniskowe łóżko. Na zażegnanie sporu, którego tak naprawdę wcale nie było, trójka pielgrzymów zdecydowała się zrobić sobie krótką przerwę na trasie i wstąpić do przydrożnego baru. 

W tego typu miejscach nie można się było spodziewać żadnych kulinarnych rewelacji, toteż B i J zadowolili się możliwością spożycia kanapki typu sandwich z bife i batatas fritas oraz wypiciem zwykłej coca coli, którą podano w wykwintnym kieliszku do wina. Cóż, czasami liczą się tylko pozory :)

Po chwilowej regeneracji, trójka piechurów ruszyła dalej. Trzeba było jeszcze dojść do miasta, które wcale takie małe nie jest i wcale nie było to takie proste. Viana do Castelo to piękna, zabytkowa miejscowość, która swoją nazwę zawdzięcza zamkowi (z portugalskiego castelo) usytuowanemu na wzgórzu. Dodatkowym atutem (niestety tylko wizualnym) jest fakt, że miasto leży nad rzeką. Aby do niego dojść, trzeba było przejść przez długi, ruchliwy most, na którym piesi, rowerzyści i szybkie samochody kumulowały się w jedną, wielką masę. Tuż przed wejściem na most na zmęczonych pielgrzymów czekali uśmiechnięci wolontariusze - grupa dzieciaków i młodzieży, którzy tłumacząc słabo oznakowane camino w tym mieście, częstowali porcją mapek, wskazówek, zimną wodą i pielgrzymkowymi gadżetami na pamiątkę. 



Z takim ekwipunkiem i dobrym słowem, ok godz 15:00 B i J wkroczyli do miasta. Viana do Castelo robi wrażenie, ale jeszcze większe wrażenie wywarło w tym mieście schronisko. Zgodnie ze wskazówkami, wszyscy (a przynajmniej większość) dotarła do masywnego, zabytkowego klasztoru, pełnego tajemniczych przejść i komnat, w którym nie trudno się było zgubić. Wprawdzie na wejściu miły Brazylijczyk pobrał "symboliczne" 10 euro za osobę, ale komfort i wygoda spania w tym miejscu, zrekompensowały wszystko. B i J otrzymali przytulny trzypokojowy pokój z łazienką! Tej nocy nikt więcej (prócz chmary komarów - ale o tym później), nie dołączył już do pokoju, więc jak na pielgrzymkowe warunki, było wcale nie byle jak. Na wejściu B zamontował autorską instalację do suszenia prania - wykorzystując do tego kije trekingowe i ramy przestronnych okien - i obwieścił uroczystym tonem, że nadszedł dzień, w którym musi spożyć pierwszego pastel de nata. Komu Portugalia nie obca, ten wie, czym owy pastel de nata jest, szczególnie dla podniebienia. A dołączając do tego wygłodniałe podniebienie idącego od czterech dni pielgrzyma, oczekiwania wzrastają do maksimum. Ku rozczarowaniu B i lekkiemu rozbawieniu J, pastel jaki udało się zjeść w jednej z kawiarni nie był spełnieniem marzeń. 

Nie zepsuło to jednak wybitnie dobrego nastroju i po krótkim spacerze lokalnym deptakiem, B i J udali się... na shopping! Oczywiście chodziło tylko o zakupienie skarpetek i przekonanie się jak to będzie zrzucić z barków plecaki i tak zwyczajnie pochodzić sobie po centrum handlowym. Odczucie to okazało się być na tyle dziwnym, że aż niewygodnym. Na szczęście sportowe skarpetki za 6 euro doskonale się sprawdziły i sprawują się dobrze po dziś dzień, upamiętniając tę nadzwyczajną chwilę udawanego relaksu.

Tego dnia udawać szczęście musiała jeszcze J bo okazało się, że w Viana do Castelo odbywał się właśnie festiwal książki. Tylko wyobraźcie sobie te stosy pięknych, pachnących książek, pełnych portugalskich dźwięków i załzawione oczy J, która wiedziała, że nie może wziąć ze sobą ani jednej. Bo te gramy, dekagramy, kilogramy... wiadomo. Na pocieszenie poprosiła B o wykonanie niezbyt interesującej i ambitnej fotografii - którą można obejrzeć poniżej - by chociaż w pamięci kamery zachować sobie ten dzień (i tych kilka portugalskich literek) dla siebie.

B i J pożegnali się z miastem i z tym dniem przy dźwiękach portugalskiej muzyki. Prawdopodobnie z okazji festiwalu książki na deptaku odbywały się próby przed wieczornym koncertem. Wśród muzyki popularnej można było również usłyszeć nie byle jakie fado. Życie pielgrzyma wymaga jednak poświęceń, nocne koncerty nie są wskazane, zresztą drzwi schroniska nieuchronnie i ostatecznie zamykają się o 22:00. Po wypiciu symbolicznego kartoniku wina, z szerokimi uśmiechami na twarzach B i J położyli się do łóżek. Zupełnie nieświadomi jaki koszmar czekał ich tamtej nocy...




DYSTANS: ok 22 km
WYDATKI: 20 euro nocleg + 12 euro obiad + 6 euro jedzenie + 6 euro skarpetki :)



Comments

Popular Posts