DZIEŃ I: PORTO - LAVRA
Dziewiątego lipca blisko godziny dwunastej, kiedy słońce przypieka najmocniej, a wszyscy normalni pielgrzymi docierają już wtedy do wyznaczonego celu, B i J rozpoczynają wędrówkę. Przeczytawszy w internetach, że oficjalna inauguracja caminhady powinna się rozpocząć w katedrze w Porto, tam też się udają (przemierzając wcześniej ok 3 km pieszo do metra). Po czasie dowiadują się, że można było inaczej. Że większość osób kieruje się zdrowym rozsądkiem i podjeżdża do Matosinhos (miejscowości leżącej w północnej części dystryktu Porto), zaoszczędzając sobie tym samym dobrych kilka (jak nie kilkanaście) kilometrów spacerowania przy ruchliwych ulicach miastach. Druga co do liczebności większość rusza prosto z lotniska, a to też jest sprytny sposób na zmniejszenie dystansu i czasu. Tylko po co? Przyjmijmy, że B i J to typowi tradycjonaliści, a do tego lubią wyzwania. Nabywają w katedrze CREDENCIALe (specjalne książeczki do zbierania pielgrzymich pieczątek) za jedyne 2 euro za osobę (o zgrozo!) i ruszają w drogę, podążając brzegiem rzeki. Przy wyjściu z katedry otrzymują pierwsze pozdrowienie bom caminho zasłyszane od krępego Włocha. J nie sądziła, że to takie miłe i motywujące i że usłyszy to jeszcze setki razy w różnych konfiguracjach językowych. Nie sądziła również, że wybranie sandałów na pierwszy dzień będzie największym błędem. Bo przecież trekingowe, specjalne, wyczekane, wypłakane, wycmokane... nie wytrzymały nieboraki ciężaru plecaka, czy raczej nie dogadały się ze stopami, które po niespełna godzinie chodzenia zaczęły puchnąć, czerwienić się, ze skóry się rozbierać. Słowem - odciski jakich mało! Nie pomogły plastry ani robione co pewien czas przystanki. To był po prostu zły pomysł, który został okupiony potwornym bólem i cierpieniem przez wiele godzin (szczególnie tych wieczornych).
Nie przeszkodziło to na szczęście w osiągnięciu wyznaczonego celu. W pierwszy dzień człowiek jedzie na adrenalinie nieznanego pochodzenia, a bóle wszelakie schodzą na drugi plan. Udało się dojście do nadmorskiej miejscowości Lavra (ok 22 km od katedry). B i J chcieli zakosztować tam portugalskiego campismo, a przy okazji wyzbyć się wyrzutów sumienia, że te ciężkie maty i namiot dźwigane są nadaremnie. Był to błąd numer dwa okupiony kwotą 21 euro za noc (na prawdę?! za kawałek nieograbionej trawy?!). Chyba nie trzeba dodawać, że po tym incydencie B i J zdecydowali, że więcej z campismo korzystać już nie będą.
Dnia pierwszego pielgrzymi-świeżynki spotkali na trasie prawdziwego weterana - miłego Niemca Marcusa - który uroczyście obwieścił, że jego imię jest bardzo biblijne, a zaraz później załamał ich ciężarem swojego plecaka. Okazał się on dwukrotnie lżejszy od plecaka J, a porównując z ciężarem plecaka B to... to już w ogóle zbyt bolesna matematyka). Ponadto, B i J zakosztowali w ten dzień pierwszego w swojej pielgrzymiej karierze menu peregrino za jedyne 7,5 euro (z czego najsmaczniejsze było czerwone wino...). Zaś do plecaka J została uroczyście przytwierdzona muszelka (wyłowiona dzień wcześniej przez samego B z oceanu), jako symbol i nieodłączny element każdego pielgrzymującego do Santiago.
Reasumując dzień pierwszy: pod namiotem piszczały robaki, pod miejskim mostem śmierdziały ryby, a pod nieszczęsnym sandałem J przykleiła się guma do żucia. Przez wiele dni i nocy odkleić się nie chciała. Ale to nie ważne, bo od tej pory sandały zyskały rolę obuwia zmiennego i w oficjalnej wędrówce udziału już nie brały.
***
Wszystkie wyżej wymienione nieoczekiwane biegi wydarzeń nie przeszkodziły nam jednak w zachwycaniu się otoczeniem i samym faktem, że idziemy, że się idzie i idzie i idzie... że ocean pachnie, fale szumią, a bryza chłodzi spocone twarze. Umysł stopniowo wyłącza się, przechodzi w tryb uśpienia i zobojętnienia na bieżące sprawy, nękające troski i problemy. Liczy się tylko tu i teraz. Pomimo bólu, zmęczenia i tych piszczących robaków (które okazały się być materacem), chcieliśmy, żeby to teraz trwało wiecznie.
DYSTANS: ok 22 km
WYDATKI: 4 euro Credenciais + 21 euro nocleg + 15 euro jedzenie

Comments
Post a Comment