DZIEŃ II: LAVRA - VILA DO CONDE



Po burzliwym dniu pierwszym, pełnym przygód i bolących odcisków, B i J ruszają w trasę dopiero po godzinie 11. Spanie w namiocie ma swoje wady i zalety. Komfort spędzenia nocy we względnej ciszy, bez grona chrapiących obok ludzi, okupić trzeba dużą amplitudą temperatury i faktem, że rozkładanie i składanie choćby najmniejszego namiotu wymaga czasu i wysiłku. A kiedy do zwijania się z pola namiotowego dochodzą pierwsze bóle w krzyżach, pulsujące odciski, brak ciepłej wody i cztery Francuzki, które zawieszają się swoim samochodem tuż obok twojego namiotu... czas ucieka bardzo szybko i niepostrzeżenie. Podczas gdy B dzielnie walczy z zatopioną w ziemi oponą w imię polsko-francuskiej przyjaźni, J rozpoczyna walkę sama ze sobą, przekonując się, że da radę. Pomimo tylu bąbli na stopach i łupania w krzyżu. Tego dnia oboje postanawiają przejść niewiele. Aby móc się zregenerować i mieć siły na dalszą wędrówkę. Wszak polec na samym początku byłoby czymś bardzo niestosownym. 



Trasa przebiega spokojnie. Niekończący się ocean po lewej stronie wabi zapachem i obietnicą ochłody, ale B i J mają szczęście. Pogoda sprzyja, bo wcale nie parzy. Słonko niewinnie wyłania się tylko co jakiś czas zza chmur, a powietrze przesączone jest przyjemną mżawką, mgłą i jodem. Ku zaskoczeniu i uciesze, kolejny odcinek trasy caminho da costa wiedzie drewnianym pomostem, rozciągającym się praktycznie wzdłuż całego północnego wybrzeża. To duży komfort dla obolałych stóp, które muszą się szybko regenerować w masywnych trekach. Do tego piękne widoki i plażowicze obserwowani z bezpiecznej odległości, sprawiają, że idzie się dobrze i myśli się równie dobrze. 

Pomimo krótkiego dystansu przebytego tego dnia, nieprzyzwyczajone jeszcze ciało daje się we znaki. Koło godz 16:00 obolali B i J docierają do klimatycznej miejscowości Vila do Conde. Szykuje się pierwsza noc w schronisku, które okazuje się być bardzo przyjemnym hostelem w dobrej cenie. Sympatyczny Pan z recepcji oddycha z ulgą, gdy J przemawia do niego po portugalsku. Skarży się, że jego angielski jest słaby, toteż cieszy go każdy przypadek gdy nie musi go używać. Być może to lingwistyczne zdolności J, a może po prostu łut szczęścia sprawiają, że Pan z recepcji pół szeptem oferuje podwójne łóżko w pokoju na piętrze do którego nikt więcej już nie dochodzi. W rezultacie B i J mają na wyłączność praktycznie całe piętro z łazienką i tarasem, podczas gdy reszta piechurów gnieździ się na parterze w jednym koedukacyjnym pokoju. B i J nie narzekają, bo i nie ma na co. Jedynie smutno, że zjeść obiadu nie można, bo przecież portugalska siesta i do 19 z minutami trzeba wytrwale czekać. Wykorzystują ten czas na szybkie pranie, które wcale nie schnie, zjadanie insta zupek dźwiganych w plecakach, rozwiązywanie krzyżówek i wysłuchiwanie zwierzeń pewnego człowieka, który przybył na camino aż z Kanady. 



Pod wieczór udaje się zjeść kolejne menu pielgrzyma, tym razem za jedyne 5 euro! Do tego szybka kawa na trawienie i przyglądanie się życiu lokalsów zza okna i zza stolika miejscowego baru. Jak na Portugalczyków przystało, 3/4 lokalu wpatrzone jest w wiszące ekrany, gdzie można śledzić wzrokiem biegających za piłką mężczyzn. Pozostała część restauracji to zmęczeni turyści/pielgrzymi bo czasem ciężko było rozróżnić czy ktoś pielgrzymuje czy po prostu jest na wakacjach. A może obecnie przechodzenie camino to po prostu aktywniejsza forma turystyki...?



WYDATKI: 15 euro nocleg + 10 euro kolacja + 8 euro jedzenie + 6 euro plastry :))
DYSTANS: ok 13 km

Comments

Popular Posts