Dlaczego CAMINHO PORTUGUES DE SANTIAGO?
Zaczęło się niewinnie, bo to chyba cecha wszystkich początków przygód i podróży. Ja - Joanna, określana odtąd jako J i On, niejaki Bartosz Eś Wu, który po prostu dużym B zostanie, decydujemy się przejść szlak Świętego Jakuba. Nie jest on nijaki, ten święty Jakub. Szlak też nie jest nieznany, bo przez wielu wiernych i niewiernych od lat okiełznywany. Nie sądziłam jednak, że istnieje aż tyle wariantów, że aż tyle dróg do tego Santiago prowadzi. Zdziwienie, a po pewnym czasie irytacja z powodu wciąż zadawanego nam pytania dlaczego zdecydowaliście się właśnie na wariant portugalski? zaczęła ustępować zakłopotaniu. Nie do końca wiedziałam jak na to pytanie reagować.
Bo pewne kwestie wydają się oczywiste, jak na przykład fakt, że zdania nie zaczyna się od "bo". Analogicznie oczywistym było też dla J, że jako Iberystka, od kilku dobrych lat zakochana w Portugalii, nie mogła przejść obok tego kraju obojętnie. B chciał wędrować tylko przez Hiszpanię. 800 km, czyli szacowana długość głównego szlaku (zwanego francuskim), to jednak za dużo jak na pierwszy raz. Poza tym, nie oszukujmy się. J by na to nie przystała. Zresztą, ceny lotów do Porto okazały się o wiele niższe niż do jakiegokolwiek innego miasta na północy Hiszpanii.
Klamka zapadła po zakupie biletów lotniczych. Warto się o nie postarać już kilka miesięcy wcześniej. Można przez to zaoszczędzić sporo grosza, a zamieniając go na EURO, przemienić go potem w dobre wino. Ba, najlepsze wino, bo przecież portugalskie. Wszak atrybutem każdego pielgrzyma jest karafka wytwornego wina! Po brzęknięciu zapadającej się klamki przyszedł czas na przygotowania i nie ma co ukrywać, okazały się one procesem cięższym niż sama wielogodzinna wędrówka. Warto zaznaczyć, że J, prócz wieloletniej aktywności tanecznej i kilku wycieczek po górach (próbując chodzić po nich w glanach lub adidasach, bo przecież z braku laku...), nie posiadała absolutnie żadnego doświadczenia ani wyposażenia niezbędnego do odbycia dwutygodniowej caminhady. B zaś, choć trochę świata zwiedził i spore doświadczenie w wędrówkach pieszo-rowerowych posiada, startował z pozycji lekko przegiętej, bo z bólem w dolnej części kręgosłupa...
Po niezliczonej ilości dni, które można było liczyć w miesiącach, udało się w końcu skompletować ekwipunek. J i B włożyli w to jednak zbyt dużo serca. Bagaże okazały się o wiele za duże i o wiele za ciężkie. Przekonali się o tym dopiero na szlaku, gdzie plecaki w sposób widoczny i niezaprzeczalny górowały wielkością i majestatem nad wszystkimi innymi. Ciężko było się pogodzić z tym ciężarem, ale jeszcze trudniej byłoby zaakceptować wieczne rozstanie z zawartością plecaków, toteż dzielnie dzierżyli je na plecach aż do samego końca. Wprawdzie pojawił się pomysł, żeby odesłać część zbędnych rzeczy, jak na przykład namiot czy samopompujące maty (akurat na tym szlaku namiotu brać nie trzeba), ale zawiodła portugalska poczta, która w weekend przywitała swoich klientów zamkniętymi drzwiami, a potem... no cóż, człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, a chodzenie bez tych kilogramów to nie byłoby już to samo.
Powyższa fotografia to zobrazowanie około dwudziestu sześciu, w porywach do trzydziestu kilogramów żywej wagi. Ciężar na szczęście nie rozkładał się równomiernie, toteż w udziale J przypadło do dźwigania około jedenastu, włączając w to litr wody, banany i zbożowe ciasteczka. Punktem przełomowym okazał się dzień trzeci, kiedy do kosza trafiła pierwsza koszulka, ale o tym dramacie będzie w swoim czasie.
Podróż nie była zaplanowana na przysłowiowy tip top. Po zapoznaniu się z kilkoma relacjami znalezionymi w internecie, oraz kierując się intuicją i zmysłem przewidywania, B i J postanowili przeznaczyć na przejście szlaku niecałe trzy tygodnie. W duchu licząc, że uda się szybciej i że zostanie trochę czasu na plażing smażing (wersja J) lub dalsze podróżowanie w trybie turysta (wersja B). Oboje chcieli również iść jak najbliższej oceanu, nawet kosztem nadłożenia kilometrów, stąd ruszając spod katedry w Porto kierowali się cały czas oznaczeniami dla Caminho Portugues da Costa. I choć ostatecznie wariant trasy się zmienił dwukrotnie (o czym później), udało się dojść do celu dokładnie w dwa tygodnie (pokonując prawie 300 km), zyskując tym samym czas i przestrzeń na oddech i refleksje na temat pielgrzymki, krajobrazu, mieszkańców i kultury północnej części Półwyspu Iberyjskiego.
***
Z tego miejsca (tj beżowej kanapy) zapraszamy do śledzenia naszej słowno(J)-obrazkowej(B) relacji z wyprawy śladami żółtej strzałki. Podzielimy ją na czternaście etapów, a każdy z nich odpowiadać będzie poszczególnym dniom wędrówki.
No to buen camino i zaczynamy!
J i B



Weszłam, przescrollowałam i pomyślałam: co tak mało?!! Ale już jestem po przeczytaniu całości i czekam niecierpliwie na kolejne części :)
ReplyDeleteCieszę się bardzo z Twojej obecności tu i pierwszego komentarza! Relacja z dnia pierwszego pojawi się już niebawem :)
DeletePrzeczytałam wszystko :) super przygoda!
ReplyDelete